Ulubieńcy ostatnich tygodni – Nails Company, Biolove, L’Oreal, Sephora

Pierwsze miesiące nowego roku pod względem kosmetycznym były u mnie bardzo ubogie. Zaniedbałam się w pielęgnacji zarówno ciała jak i twarzy, a w makijażu stawiałam na niezbędne minimum. Powoli jednak wracam „do żywych”. Testuję nowości i przypominam sobie za co kochałam niektóre produkty. Dlatego dziś, również dla własnej mobilizacji chciałam przedstawić Wam kilka moich kosmetycznych ulubieńców ostatnich tygodni.

Na pierwszy ogień tak bardzo zaniedbana przeze mnie pielęgnacja twarzy. I jak możecie zobaczyć nie mam Wam tu zbyt dużo do pokazania. Za to powyższe dwa kosmetyki na prawdę skradły moje serce i nie wyobrażam sobie już bez nich życia 🙂

O demakijażu olejami dowiedziałam się z książki Sekrety urody koreanek Charlotte Cho i mniej więcej od 2 lat (z przerwami kiedy miałam przedłużane rzęsy) stosuję tą metodę u siebie, choć początkowo byłam bardzo sceptyczna. Co prawda nie przetestowałam jeszcze niezliczonej ilości tego typu produktów, ale już wiem że Cleansing Oil do cery normalnej i mieszkanej z BioLove to mój święty graal. Doskonale rozpuszcza makijaż, nawet ten mocniejszy; świetnie radzi sobie z tuszami do rzęs oraz cięższymi podkładami. Ma bardzo neutralny zapach i jest niesamowicie wydajny, a co najważniejsze nie podrażnia moich oczu i nie powoduje „zamglenia”. Ideał!

Serię Hydro Magnetic z Perfecty miałam okazję poznać w całości, ale to właśnie Głęboko oczyszczający peeling drobnoziarnisty mnie zachwycił najbardziej (choć inne produkty też są w porządku). Drobinki nie są zbyt ostre, dzięki czemu nie „rysują” skóry i nie powodują podrażnień, ani zaczerwienień. Mimo to peeling doskonale oczyszcza twarz ze zrogowaciałego naskórka i pozostawia ją niesamowicie miękką i delikatną, a przy tym nawilżoną. Przy tym ma bardzo przyjemny, subtelny zapach.

W przypadku kolorówki jeden z produktów to u mnie zupełna nowość, natomiast drugi to kosmetyk którego używam regularnie już od kilka miesięcy.

Aż wstyd się przyznać, ale nowością jest maskara marki L’Oreal Volume Million Lashes Fatale. Chyba już wszyscy mieli okazję poznać ten produkt, mnie natomiast nigdy tusze tej firmy nie kusiły, gdyż jak na drogeryjną półkę uważałam ich cenę za zbyt wysoką. Na ten egzemplarz skusiłam się na jednej z promocji w Rossmannie i przyznam ze się zakochałam. Silikonowa szczoteczka z niewielkimi ząbkami idealnie rozczesuje rzęsy pokrywając je przy tym tuszem od nasady aż po same końce. Świetnie je wydłuża oraz delikatnie pogrubia u nasady. Najczęściej nakładałam dwie warstwy dla efektu wow. Maskara zaskoczyła mnie również trwałością, nawet po 12h od aplikacji nie kruszyła się ani nie odbijała.

O błyszczyku powiększającym usta marki Dior słyszeli już chyba wszyscy. Niestety jego cena nie zachęca (165 zł) . Na szczęście Sephora wyszła na przeciw potrzebom konsumentów i stworzyła bardzo podobny produkt o podobnych właściwościach czyli Outrageous Plump Effect. Na dodatek w ofercie dostępnych jest 6 kolorów, ja jednak zdecydowałam się na tej najbardziej zbliżony do Dior – 01 Universal Volume. Jest to półtransparentny jasny róż, który na ustach daje przede wszystkim efekt błysku oraz bardzo delikatnego rozjaśnienia. Dla mnie idealny na codzień. Konsystencja tego błyszczyku jest dość gęsta, a przez to też klejąca, więc na wietrze trzeba uważać z włosami 😉 Efekt powiększenia uzyskujemy dzięki delikatnemu mrowieniu i ochłodzeniu ust, które dla niektórych może być nieprzyjemne, ja jednak bardzo lubię to uczucie.

Pozostając w temacie ust, w tym roku moje usta przed pierzchnięciem ratował balsam do ust marki Tisane. Spośród innych produktów o podobnym działaniu wyróżnia go świetny skład, w którym znajdziemy m.in. wosk pszczeli, ekstrakt z liści melisy, miód pszczeli, olej rycynowy oraz witaminę E. Dzięki temu balsam błyskawicznie odżywia i regeneruje nawet najbardziej przesuszone usta. Dodatkowo świetnie sprawdza się również podczas kataru, kiedy skrzydełka nosa są mocno podrażnione od chusteczek.

Przez całą zimę borykałam się z problemem przesuszonych dłoni. Wszystkie dotychczasowe kosmetyki pomagały jedynie doraźnie i już po kilku godzinach skóra wracała do swojego poprzedniego stanu. Sytuację uratował dopiero krem marki Scandia Cosmetics, który może pochwalić się 25% zawartością masła shea. Pomimo bardzo gęstej i treściwej konsystencji bardzo łatwo rozprowadza się na skórze, a co najważniejsze szybko się wchłania nie pozostawiając tłustego i klejącego filmu na dłoniach. Spokojnie więc można stosować go w ciągu dnia i nie przeszkodzi w codziennych czynnościach. Do tego ma przepiękny zapach, który na długo pozostaje na skórze. Moja wersja to Orient, ale w ofercie znajdziecie również takie zapachy jak Róża, Melon, Acai i wiele innych.

Na sam koniec lakier, oczywiście hybrydowy mojej ulubionej marki NC Nails Company. Pochodzi z najnowszej kolekcji Bold Blooms sygnowanej nazwiskiem Natalii Szroeder (dajcie znać czy chcecie zobaczyć całą kolekcję na blogu 🙂).
Kolor jaki dziś chciałam wyróżnić to Beautiful &Rich – dość niebiesko – turkusowy odcień. Nigdy nie pomyślałabym, że taki lakier wyląduje na moich paznokciach, ale muszę przyznać, że czuję się w nim bardzo dobrze.
Konsystencja tych lakierów jest dość gęsta i trzeba umieć z nią pracować, jednak mi bardziej odpowiada taki gęścioch 🙂 Koniecznie zajrzyjcie na IG mojego Studia Urody, żeby zobaczyć jak prezentuje się w towarzystwie delikatnej szarości i złota (KLIK).

 

I to by było na tyle jeżeli chodzi o moich kosmetycznych ulubieńców ostatnich tygodni. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będzie lepiej i porządniej przyłożę się do pielęgnacji 🙂

Koniecznie piszcie w komentarzach czy znacie te produkty.
I jacy byli ostatnio Wasi ulubieńcy.

 

 

 

Ninnette