Apteczne farbowanie czyli BioKap NutriColor

Witajcie,

O moich włosach opowiadałam Wam już sporo przy okazji filmiku z ich pielęgnacją (dla zainteresowanych TUTAJ) i dlatego w tym poście nie chciałabym powtarzać całej mojej włosowej historii. Przypomnę Wam tylko, że przeszło 4 miesiące temu zdecydowałam się na radykalną zmianę koloru, w wyniku której moje włosy zostały dość mocno zniszczone.

Jak wiecie farbowałam się na rudo, a moim naturalnym kolorem włosów jest dość jasny, trochę taki jakby wyblakły brąz. I jak się nie trudno domyślić, bardzo szybko na moich włosach widoczny był odrost, który nie wyglądał zbyt estetycznie. Ciągłe farbowanie było dość uciążliwe i  kosztowne, a przede wszystkich szkodliwe dla moich już i tak słabych włosów. Dlatego zdecydowałam się powrócić do prawie naturalnego koloru włosów.

Pierwszą myślą było oczywiście kupienie zwykłej farby drogeryjnej typu Schwarzkopff czy Syoss, ale wiedziałam, że to będzie kolejny gwóźdź do trumny dla moich włosów. Później myślałam nad henną Khadi, ale nie miałam pewności czy tym produktem uda mi się zakryć rudy kolor. Z takim właśnie pytaniem zwróciłam się do Brunetki z bloga Alina Rose Makeup & Beauty Blog i ona poradziła mi wypróbowanie jakiejś farby aptecznej. Sama nagrywała filmik na temat takich farb, odnalazłam go na YT, obejrzałam kilka razy, przeszukałam internet, aż w końcu zdecydowałam się na farbę firmy Biokap z serii pomarańczowej NutriColor w kolorze 5.3 Jasnego Złotego Brązu.

 

Według informacji na opakowaniu produkt ten nie zawiera parabenów, amoniaku, rezorcyny i niklu. Natomiast ma takie składniki jak proteiny roślinne, kwasy owocowe, wyciąg z wierzby i olejek arganowy.

W kartonowym pudełeczku otrzymujemy cały zestaw niezbędny do samodzielnej koloryzacji. W jego skład wchodzi:

krem koloryzujący 50 ml
emulsja aktywująca 75 ml
odżywka po koloryzacji 15 ml
krem ochronny na skórę 8 ml
rękawiczki i instrukcja
Niestety, ze względu na to że jest to produkt pochodzenia włoskiego tylko na kartoniku jest naklejka z krótką informacją na temat produktu. Na szczęście w ulotce uwzględniono nasz język.
Zacznę może od tego kremu ochronnego, którego już sama obecność mnie zaskoczyła, bo wcześniej w żadnej farbie nie spotkałam się z tym, jedynie w zakładzie fryzjerskim. Jak pewnie większość z Was wie, jest to krem który nakłada się przed koloryzacją na linię włosów na czole, karku, za uszami i na same uszy, żeby nie ubrudzić ich farbą, albo chociaż zmniejszyć to zabarwienie skóry. Ku mojemu zaskoczeniu był on tak średnio tłusty, bardzo wydajny, i duża część tej saszetki jeszcze mi została. Ale swoją rolę odegrał dobrze, nawet jeżeli gdzieś tam mi się maznęło farbą to bardzo łatwo dało się to zmyć.
Teraz przejdę do sedna czyli do samego farbowania. Tutaj oczywiście emulsję aktywującą mamy w butelce z ‚dzióbkiem’, do której dodać trzeba krem koloryzujący. Wystarczyło kilka energicznych wstrząśnięć butelką do dokładnego wymieszania tych dwóch składników. Farba przybrała kolor brunatnego brązu. Jako że dozowanie z tej tubki jest dość mało komfortowe całość wylałam sobie do miseczki i nakładałam fryzjerskim pędzlem do koloryzacji. Butelka była dość twarda i duża część mieszanki nie chciała dać się wydobyć z niej. Udało mi się jednak ją przeciąć (wymagało to na prawdę dużego wysiłku) i do ostatniej kropelki wyjąć przygotowaną miksturę.
Miała ona konsystencję typową dla farb do włosów. W miarę gęstą ale łatwo rozprowadzającą się na włosach. Dużym plusem jest, że produkt nie śmierdzi tak okropnie jak wszystkie drogeryjne oraz fryzjerskie farby. Wiadomo, że ten zapach nie jest jakiś przyjemny, ale nie gryzie on już tak i nie jest tak intensywny. Poza tym nie utrzymuje się na włosach zbyt długo.
Producent zaleca nałożenie farby na odrosty i pozostawienie na 20 minut, a następnie na pozostałe włosy na czas 15 minut. Ja jednak troszeczkę zmodyfikowałam ten czas i na odrostach pozostawiłam mieszankę około 15 minut natomiast na pozostałej długości włosów trzymałam ją około 20-25 minut, ze względu na mój dość intensywnie rudy kolor.
Po tym czasie producent zaleca zwilżenie włosów letnią wodą i masowanie głowy, wtedy wytwarza się taka jakby piana. Później należy wszystko dokładnie zmyć. I tutaj trzeba dołożyć wszelkich starań żeby dokładnie wymyć farbę z całej skóry głowy, a jest to znacznie trudniejsze niż wypłukanie np. szamponu. Gdy woda leci nam już w miarę czysta nakładamy dołączoną do opakowania odżywkę. Ma ona dość specyficzny, jakby ziołowy zapach, ale czuć go tylko jeżeli powąchamy produkt w saszetce bądź na ręce. Na włosach zapach jest niewyczuwany. Saszetka ta starcza nam na jedną aplikację. Produkt wmasowujemy we włosy na całej ich długości i ma on za zadanie odżywić je i nadać im blasku. Zazwyczaj te odżywki dołączone do farb są raczej średniej jakości ( jak i same farby) i niewiele co dają. W tym przypadku jednak jest inaczej. Po wysuszeniu włosy są miękkie, lśniące, odżywione. No po prostu wyglądają jak prosto od fryzjera 🙂
W gestii podsumowania całego zabiegu, muszę przyznać, że jestem zdumiona efektem. Farba znakomicie pokryła moje rude włosy, owszem zostały na nich rude refleksy, ale nie są one jakoś bardzo rzucające się w oczy. Poza tym bardzo się cieszę, że nie ma dużej różnicy pomiędzy starym odrostem, a resztą włosów jak to zwykle jest widoczne przy farbowaniu zwykłymi farbami.
Od farbowania włosów myłam je już 3 razy i muszę przyznać, że widać delikatne spłukiwanie się koloru. Jest to dość naturalne, niezbyt radykalne i wg mnie świadczy o tym, że farba nie wżera się we włosy 🙂
Z takich bardziej technicznych informacji to muszę napisać, że farba nie należy do najtańszych i najłatwiej dostępnych. U mnie w mieście dostałam ją tylko w jednej aptece, ale lista gdzie możecie je znaleźć jest na stronie producenta co znacznie ułatwia poszukiwania. No i u mnie kosztowała ona 35 zł. Widziałam, że w internecie ta cena wzrasta nawet powyżej 40 zł.
A Wy używałyście farb aptecznych, czy może jesteście wierne wizytom u fryzjera bądź produktom drogeryjnym? Dajcie znać w komentarzach jak to u Was wygląda.
xoxo

Ninnette